sobota, 20 czerwca 2015

Słodki i w dodatku pechowy piątek.

Wiecie co wam powiem?
Chciałbym aby pecha można było zgnieść jak to jajko i aby pękło jak ono, przynajmniej w szybkim tempie bym się owego pecha pozbył a i przy okazji pokazał owemu, że z człowiekiem się nie zaczyna.
Mój koniec pracowitego tygodnia zakończył się tak no, powiedzmy średnio ... raz że musiałem wysłuchiwać marudzenia kolegi z kursów który narzekał jak to mocno boli go głowa ''chyba co pół godziny mi o tym przypominał, gorzej jak baba'', natomiast o dziewiątej stało się coś
miłego, klient zadzwonił że jest zainteresowany kupnem łóżka które wystawiłem na olx ... szybko więc dogadałem z nim przez telefon szczegóły i umówiłem się z nim na 16:30, aby przyjechał i obejrzał łóżko i jak wszystko według niego będzie ok to je kupuje.

Zaraz po tym jakieś półtorej godziny później padło na mnie jako ten, który wdrapie się po drabinie na dach i będzie wiercił otwory w ścianie budynku który praktycznie prawie że się sypał, odmierzał odległość zamocowania uchwytów na rurę gazową oraz odmierzał poziomicą równy poziom jej zamocowania za równo na uchwytach jak i na samej ścianie.
Wszedłem więc na dach i dawaj do roboty, najpierw odmierzanie poziomu zamocowania rury, podali mi rurę o długości ponad półtora metra, ciężka jak diabli a tu trzeba sobie ją przytrzymać przy ścianie jedną ręką a drugą trzymać poziomice i dryfować tam aby złapać równy poziom, no nic, wcisnąłem głowę pod zadaszenie przyłożyłem rurę do ściany, drugą ręką przyłożyłem poziomice i łapałem ten ''cholerny'' poziom, za chwile ktoś z dołu rzuca mi ołówek ''trzymaj ołówek zaznacz sobie linie po której będzie przebiegać rura od kolanka tej rury zamocowanej z bocznej strony!!'' powiedział głośno jeden z cwaniaków, no cóż zrobiłem co należało, odłożyłem wszystko i wziąłem do rąk wiertarkę udarową, naznaczyłem dwa punkty w których mają być zamocowane uchwyty z gumową uszczelką do których to uchwytów będzie przymocowana rura i dawaj wiercimy.
Wrrrr, wrrr, wrrr, wrrr wydawało się nie mieć końca a jeszcze trafiłem na kamień, co mnie porządnie wkurzyło, ale nic dałem jakoś radę - w między czasie Panowie mądralińscy, ''nie wszyscy nimi byli, ale wiecie jak to jest, zawsze jakieś czarne wrony się znajdą co dużo kraczą a gie robią'', z dołu dopingowali mnie przy moich działaniach ''za pewne myśleli sobie nie którzy z nich, że udało się znaleźć łosia który wszedł na dach i odwali czarną robotę'', ale spokojnie bez emocji Leszek to tylko kursy, przyjechałeś się tu douczać.
Po zamocowaniu uchwytów czyli wkręceniu ich w otwory, oddałem stalową rurę którą miał płynąć gaz, hydraulikom którzy z poziomu ziemi obserwowali moje poczynania ''byłem tam jednym z dziesięciu facetów którzy brali udział w kursie plus pracownicy oraz właściciel firmy który jest o rok młodszy ode mnie czyli 34 lata, a już kupuje sobie nieruchomości z terenem włącznie, za milion dwieście tysięcy złotych, jak się okazuje owy dysponuje jeszcze inną działką z dużym jeziorem, w raz z domem o powierzchni 300 mkw, no cóż mają ludzie szczęście w życiu''.
Ale przechodząc do tematu, oddałem im rurę aby Ci przy pomocy stalowego stojaka który posiadał możliwość zamocowania rury na przykład do gwintowania czy też spawania, mogli dospawać do tej rury kolanko stalowe hamburskie i przy okazji nagiąć troszkę rurę w miejscu jej spawania z drugą częścią rury gdyż jak się okazało nie łapała poziomu przeze mnie wymierzonego, stanąłem więc rozprostowując na kilka chwil swoje zmęczone i obolałe nogi, ehh tyle było na tym dachu opiłków i kamyczków które wbijały się w kolana przy kucaniu że szlag jasny człowieka mógł trafić, ale nic Leszek przeważnie daje radę ''pomyślicie, taki młody a narzeka że go nogi bolą, hmm ja odpowiem że to powikłania po paciorkowcu który 3 lata temu zaatakował moje stawy, no cóż teraz przy większym wysiłku lub zmianie pogody odczuwam co nie co'', ale nie piszę tego postu po to aby narzekać, przecież to w niczym mi nie pomoże, a więc lecimy dalej z tą opowieścią.
''Ty powinieneś zmienić zawód na dekarz albo kominiarz bo na dachu robisz haha!!'', wykrzyczał z radością oraz żartem jeden z kolegów, ja odpowiedziałem śmiechem oraz zdaniem ''Nie dziękuję zostanę przy swoim'', niczym z lotu ptaka obserwowałem poczynania hydraulików którzy siłowali się ze spawem wykonanym przez spawacza który również brał udział w całej tej zabawie, i już po chwili rura powróciła w moje ręce, tym razem wszystko było dobrze, chwyciłem ją w lewą dłoń przycisnąłem do ściany niczym facet napalony na Kobietę i dociskając do uchwytów, założyłem drugą ręką obręcze na rurę i skręciłem śruby w uchwytach na początek tak, aby trzymała się w obręczach a jednocześnie abym mógł wówczas pozwolić sobie na puszczenie tej rury i swobodne dokręcenie śrub w uchwytach, aby rura trzymała się sztywno i mocno powierzchni ściany.
W sumie to chyba z dwie godziny tam spędziłem wliczając w to dwie przerwy które zrobili sobie Panowie uczniowie hydraulicy na kawę, gdzie ja wciąż pozostawałem na dachu i czekałem na materiał - zaraz po wykonaniu zadania, stwierdziłem że mnie również należy się odrobina odpoczynku i bez przypominania o sobie, tym znajdującym się na dole, którzy musieli jeszcze powalczyć ze złączkami oraz nagwintowaniem kolejnej rury, podziwiałem zarys szarego nieba.
Po upływie około 40 minut, młody właściciel firmy zapowiedział ''Dajcie zejść temu Panu na górze, toć jak długo będzie tam przebywał'', po krótkim czasie Pan spawacz podstawił drabinę i pomógł mi wydostać się z dachu ... zaraz po tym, poszedłem w miejsce gdzie znajduje się stolik oraz kanapy na których spoczywamy w czasie przerw oraz wykładów teoretycznych i zacząłem się powoli przebierać, gdyż to była już pora na zakończenie kursów.
No ale cóż, dla mnie jeszcze dzień się nie zakończył gdyż czekał mnie jeszcze pół godzinny spacer z ulicy Kościuszki aż na osiedle Błonie, gdzie mieszka moja babcia, a gdzie byłem umówiony z moim klientem który był zainteresowany kupnem łóżka ... jeszcze kilkaset metrów przed blokiem w którym mieszka moja babcia dopadł mnie deszcz, a ja tu w swoim ulubionym granatowym swetrze i cienkich spodniach - ale co tam, z cukru nie jestem a więc się nie rozpuszczę.
Dotarłem do babci około 15:30, zjadłem obiadek, troszkę porozmawiałem, zaproponowałem Cappuccino które w szybkim tempie wypiłem w towarzystwie mojej babci która już szykowała się do obejrzenia Wspaniałego stulecia, gdy po chwili rozbrzmiał dzwonek domofonu, to był mój klient ''tłumacząc wam w prost, babcia kupiła sobie elegancką kanapę, a starą która wyglądała jak dopiero co kupiona w sklepie, chciała wydać za darmo, ale ja postanowiłem sobie na tym troszkę zarobić''.
Klient z prędkością strusia, wdrapał się na drugie wysokie piętro budynku i już po chwili stanął przed drzwiami mieszkania mojej babci, wszedł obejrzał, rozłożył i ponownie obejrzał ... nie miał się do czego przyczepić, wyjął 100 zł z portfela, który kojarzył mi się bardziej z czymś co przeżyło nie jeden zamach i już po chwili klient stał się właścicielem kanapy a ja kolorowego papierku.
Wróciłem do domu około godziny 18:00, zerwałem się prędzej od babci gdyż zaczęło
nużyć mnie spanie, pogoda była taka jakaś do niczego, wziąłem porządny prysznic i przebrałem się w świeże ciuszki ... ale zanim położyłem się do łóżka na tak zwaną drzemkę, postanowiłem że odkurzę mieszkanie - a więc wyjmuje z szafy odkurzacz, podłączam wtyczkę do gniazda sieciowego, naciskam przycisk i?, no właśnie i nic, próbuje jeszcze kilka razy, otwieram klapę od odkurzacza aby upewnić się czy czasami powodem focha mojego odkurzacza nie jest przepełniony worek, ''nie to nie jest tego wina'', składam klapę do punktu zamknięcia, włączam ponownie i nadal nic, przełączam do innego gniazda i wciąż nic - stało się, scenariusz przewidywany przeze mnie kilka dni temu kiedy to już wówczas miałem małe problemy z odkurzeniem całego mieszkania, ziścił się niczym nie chciana ciężka choroba, której tym razem diagnozą było popsucie się odkurzacza.
No cóż swoje już chłopak wysłużył, w sumie odkurzał mi ładnie podłogi w mieszkaniu przez dobrych kilka lat ... a teraz?, to mogę sobie kurz z podłogi nosem wciągnąć, no nic, długo się nie zastanawiając ...
Moja kumpela która wszystko wykurzy.
Nieee to nie tak, nie chwyciłem za portfel i nie pobiegłem zaraz po drugi odkurzacz do marketu, ''chociaż teraz odkurzacze nie są drogie, jakiś czas temu widziałem w Realu za 180 zł podobny do tego co ja mam'', po prostu wziąłem szufelkę, miotełkę i zamiotłem całe mieszkanie :)
Po całej tej bieganinie w mieszkaniu, wymiataniu z każdej możliwej szczeliny zalegającego kurzu, postanowiłem zamienić swoją profesję hydraulika, sprzedawcy oraz sprzątacza na cukiernika, co w konsekwencji oznaczało tylko jedno ... udanie się do pomieszczenia zwanego przez wszystkich kuchnią i zrobieniu tego :)
Wydaje mi się że raczej wygląda smakowicie, co nie?
Czyli jednym zdaniem, galaretka ze słodkimi truskawkami, lecz najpierw zanim to nastąpiło, musiałem zagotować wodę, wsypać czerwoną galaretkę ... dokładnie wymieszać aby się rozpuściła, wystawić garnek z rozpuszczoną już galaretką za okno na parapet od strony balkonu aby ostygła, w między czasie usunąć szypułki i przemyć truskawki.
Po ostygnięciu galaretki, zalałem smakowitość do szklanej miseczki i wstawiłem do lodówki.
Pomyłem co trzeba było, i udałem się do pokoju na nocny spoczynek, aby w dniu dzisiejszym obudzić się z dokuczliwym bólem głowy i pomysłem na pyszne śniadanie we własnym towarzystwie, oraz dawce dwóch sztuk Etopiryny, gdzie w trakcie pisania tego postu nadal pęka mi głowa ''Ale już macham na to ręką, byle dzisiaj wstawić dla was jakąś nudawkę'' i zaraz po tym zabrać się za rosół, ale nie, nieee ... byłem sprytny i - jakiś czas temu gdy zrobiłem sobie rosołek na obiad, nadmiar odlałem do dużego plastikowego pojemniczka takiego po rybach greckich i zamroziłem - dzięki temu już teraz po odmrożeniu, wystarczy że przygotuje sobie jeszcze makaron i obiad mam gotowy.
A tak po za tym, to na szesnastą, jestem umówiony z moją przyjaciółką Żanetą która przyjdzie do mnie na kawę oraz pogawędki.

Wszystkim życzę miłego popołudnia, i do następnego ... hej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz