czwartek, 9 lipca 2015

Niemiec który bardzo nie lubił Polaka, czyli mnie ...

To było ładnych kilkanaście lat temu, a dokładnie w 2001 roku ... w zasadzie to nawet zapomniałem już o tamtym wydarzeniu, lecz prowadząc tego bloga, kilka dni temu przypomniało mi się o tym co wówczas przeżyłem.
Trzy lata wcześniej ukończyłem szkołę zawodową o profilu monter wod-kan, tak jakoś wówczas będąc w młodym wieku, nie widziałem siebie jako chłopaka grzebiącego przy rurach, a więc znalazłem sobie w 1999 roku pracę jako portier w jednym z Bydgoskich szpitali.

Pracowałem tam przez 4 miesiące, po czym po prostu nie przedłużyli mi umowy - później znalazłem pracę w jeszcze dwóch zakładach w których przez jakiś czas pracowałem, dopóki nie zaczęli zwalniać lub nie przedłużać umowy, ''Wiadomo jak to kiedyś było, brak pracy, zarobki na poziomie 450-650 zł, bo tyle wówczas zarabiałem, pracując nawet po 260 godzin miesięcznie, czyli ogólnie wielki wyzysk'', imałem się w między czasie jakichś dodatkowych zajęć, między innymi koleżanka mojej mamy, otworzyła na ulicy Toruńskiej nie daleko Bydgoskich Browarów Kujawiak, małą drukarnię, gdzie przyjmowała zlecenia na druk książek, pudełek do kakao ''Pamiętacie, te brązowe pudełka z nadrukowanym dużym wiatraczkiem?, to między innymi koleżanka mojej mamy, je drukowała'', i jeszcze kilka innych zleceń, które miała Pani Małgosia.
No i tak chodziłem każdego dnia do tej drukarni, pracowałem sobie tam wówczas z moją mamą, Panią Małgosią ''Właścicielką drukarni'' jak również z drukarzem a zarazem krajaczem lecz już nie pamiętam jak miał owy na imię ''Ale chyba Jarek'' ... a że drukarnia nie znajdowała się jakoś szczególnie daleko od miejsca gdzie mieszkaliśmy, to jak już wspomniałem, chodziłem praktycznie każdego dnia, aby wspomagać produkcje, a i przy okazji zarabiając sobie kilka złotych - nigdy nie zapomnę tych czasów, było naprawdę ekstra, tak jakoś człowiek miał mało problemów na głowie, mimo że z tą pracą nie było wówczas za ciekawie.
Nadszedł rok 2001, kiedy to moi rodzice postanowili, kolejny raz odwiedzić swoich znajomych których mieli w Fordonie, Pan Marian zaproponował rodzicom że może porozmawiać ze swoim dobrym kolegom, który jest wstanie załatwić mi pracę w Niemczech w piekarni stacjonarnej w wesołym miasteczku.
Moi rodzice nie widząc jakoś przyszłości dla mnie w Polskim kraju, przyjęli propozycje i poprosili Pana Mariana, aby przy najbliższej okazji porozmawiał ze swoim kolegom, i jak tylko będzie taka możliwość skontaktuje go ze mną - po przyjeździe od znajomych, rodzice poinformowali mnie o następującym fakcie, a co za tym idzie, że być może, będzie szansa na wyjazd do Niemiec, abym zarobił sobie troszkę godniejszego grosza przez jakiś dłuższy czas.
Ucieszyłem się z początku, a i w myślach po cichu obiecałem sobie, że jak tylko uda się z tą pracą i będzie wszystko w porządku, to pojadę tam, zarobię pieniądze, a zaoszczędzone w ten sposób, przeznaczę na jakąś szkołę o wyższym poziomie, na przykład celem ukończenia szkoły średniej.
Od tamtej chwili minęło troszkę czasu, w sumie czas mijał i mijał w ciszy odnośnie tej sprawy, gdy pewnego czerwcowego dnia 2001 roku, rozbrzmiał dzwonek telefonu ... mama odebrała telefon ''Ja nie miałem jeszcze wówczas telefonu komórkowego'', porozmawiała przez chwilę i zawołała mnie do telefonu, oddając słuchawkę w moje ręce - jak się okazało, to dzwonił Pan Marian, czyli dobry znajomy moich rodziców, powiedział mi iż skontaktował się z pewnym facetem który jest jego dobrym kumplem, owy ma możliwość załatwić mi dobrą pracę w Niemczech w wesołym miasteczku przy produkcji drożdżówek, bułek i temu podobne w piekarni stacjonarnej ''Ja ją nazywałem po swojemu, czyli piekarnią na kółkach'', wysłuchałem dokładnie co ma do powiedzenia Pan Marian, po czym z satysfakcją w głosie przyznałem że chce spróbować a tym samym, wykorzystać szansę.
Pan Marian podał mi więc numer telefonu do swojego kolegi, powiedział w jakich mniej więcej godzinach facet oczekuje mojego telefonu, i tym samym zakończyliśmy rozmowę.
Nadszedł wieczór, oraz odpowiednia godzina w której mogłem wykonać telefon do kolegi Pana Mariana ... zadzwoniłem więc, lecz rozmowa nie trwała zbyt długo, spytał tylko czy posiadam Paszport, a jeśli nie, to jeśli jestem na poważnie zainteresowany wyjazdem, mam go jak najprędzej wyrobić, i gdy będę nim dysponować to natychmiast mam się do niego zgłosić - opisał również w skrócie na czym będzie polegała moja praca w Niemczech, po czym zakończyliśmy rozmowę.
Im prędzej zabrałem się za wyrabianie Paszportu, nie pamiętam już jak długo musiałem na niego czekać, w każdym bądź razie, jak tylko dostałem go do ręki, to zaraz zadzwoniłem ponownie do Pana Mariana, aby przedstawić mu jak wygląda sprawa odnośnie rozmowy którą odbyłem z jego kolegą, po czym natychmiast zadzwoniłem do tego faceta który również mieszkał w Fordonie.
Umówiliśmy się na spotkanie w trakcie naszej rozmowy, i w sumie już tylko oczekiwałem dnia naszego spotkania, a tym samym omówienia szczegółów mojej ewentualnej pracy w Niemczech.
Nadszedł w końcu długo oczekiwany przeze mnie dzień, wziąłem ze sobą dowód osobisty, sporą ilość pytań zakodowanych w głowie, wyszedłem z domu, wsiadłem w autobus linii 69 i pojechałem do Fordonu na spotkanie z facetem.
Na miejscu byłem dość szybko, nie pamiętam jak daleko owy facet mieszkał od Pana Mariana, no ale to akurat najmniej ważne - bez jakichś szczególnych problemów znalazłem, adres oraz blok w którym mieszkał człowiek, który miał mi pomóc w moim pierwszym przekroczeniu Polskiej granicy.
Długo się nie zastanawiając, gdy tylko stanąłem przed odpowiednią klatką, wybrałem w domofonie numer mieszkania, i już po chwili byłem w środku.
Mieszkanie jak mieszkanie, 2 pokoje z kuchnią i bla, bla, bla - przywitałem się, po czym zaproszony do dużego pokoju, usiadłem przy stole i zacząłem rozmowę dotyczącą mojej przyszłej pracy.
''Słuchaj, to jest sprawdzona praca i tak samo sprawdzona rodzina, facet w raz z żoną i synem, prowadzą od kilku lat piekarnie stacjonarną, dołączają jako zaczepka w wesołym miasteczku, na miejscu produkują i prowadzą sprzedaż swoich gotowych wyrobów, ludziom którzy przybywają do wesołego miasteczka celem spędzenia miło czasu, języka znać nie musisz, z pewnością jakoś dasz sobie rady, jak dobrze pójdzie to zarobisz 2,500 zł a nawet 3 tysiące zł miesięcznie, a za pół roku będziesz mógł sobie fajną furę do kraju sprowadzić'', wypluł z siebie te fascynująco brzmiące zdania, a ja zadawałem mu kolejne pytania, na które on odpowiadał bez ogródek i jakichś dłuższych przerw w odpowiedziach.
Pokazał mi kilkanaście zdjęć tejże rodziny, na zdjęciach tych był również i on, po czym zaznaczył że będzie potrzebna na ten wyjazd wpłata w wysokości 1.200 zł, hmm z początku troszkę mnie to zaskoczyło, gdyż wcześniej nie było mowy o jakichś pieniądzach - no ale sugerując się tym, że przecież jest to dobry kolega znajomych moich rodziców którzy znają się od ładnych kilku lat ... pomyślałem że nie ma w tym nic złego, i może widocznie on też potrzebuje tych pieniędzy aby w ogóle cokolwiek zacząć załatwiać.
Aby zyskać we mnie większą sympatie oraz zbudować moje zaufanie, napisał na kartce umowę w której zobowiązywał się że, załatwi mi pracę w Niemczech u takich i takich ludzi, podpisał się i w sumie to było wszystko ... wyjazd za tydzień.
No nic, po spotkaniu, im prędzej ruszyłem na przystanek autobusowy, celem jak najszybszego dotarcia do domu ... na miejscu byłem jakieś dwie, 3 godziny później, gdyż troszkę czasu u owego pośrednika że tak go nazwę spędziłem.
Pochwaliłem się rodzicom z przebiegu spotkania, i w sumie to już oczekiwałem jedynie na dzień wyjazdu ... w przed dzień wyjazdu spakowałem sobie potrzebne mi rzeczy, dostałem od rodziców 1.200 zł, które zobowiązałem się przekazać owemu pośrednikowi w dniu wyjazdu, i położyłem się spać, aby z rana wstać wypoczęty i zwarty do drogi która mnie czekała.
Przyznam iż mimo starań i tak nie mogłem usnąć, czyli całą noc wierciłem się w łóżku bez rezultatu uśnięcia - poranek nastał bardzo szybko, przed wyjściem sprawdziłem jeszcze czy aby na pewno wszystko ze sobą wziąłem, pożegnałem się z rodzicami oraz młodszym o sześć lat bratem, po czym ruszyłem w drogę na dworzec autobusowy PKS, czyli tam gdzie dzisiaj stoi market Focus.
Po przybyciu na miejsce, ustawiłem się w umówionym punkcie a i praktycznie na przeciwko dworca PKS, oczekując przybycia Pana pośrednika a zarazem kolegi Pana Mariana ... podjechał autobus, wysiadł z niego znany już mojej osobie facet, ruszył w moim kierunku, ''Choć, przejdziemy na drugą stronę ulicy, tam jest stacja benzynowa, usiądziemy i wypijemy na spokojnie kawę i chwile pogadamy, zanim Jurek który zawiezie Cie do Niemiec, podjedzie przed ten budynek'', przy którym właśnie oczekiwałem na znajomego Pana Mariana.
Poszliśmy więc na tą stację, zajęliśmy miejsca przy stoliku, ten poszedł kupić sobie kawę, a mnie napój gazowany, ''Pieniądze o które Cie prosiłem, masz? ... wiesz one są mi po prostu potrzebne, aby zacząć to wszystko'', wyjąłem nie pewnym ruchem zwitek dwunastu, stu złotówek, i podałem facetowi do ręki ... ten przeliczył czy kwota się zgadza, po czym schował swoją zapłatę do wewnętrznej kieszeni jeansowej kurtki którą miał na sobie.
Posiedzieliśmy jeszcze chwile, wymieniając kilka zdań, po czym gdy tylko mój kompan dopił kawę, wyszliśmy ze stacji benzynowej kierując się w stronę, miejsca w którym przed chwilą się spotkaliśmy.
Nie minęło zbyt dużo czasu, gdy przed budynek wykonany ze starej ciemno czerwonej cegły, podjechał samochód, marki już nie pamiętam - od strony kierowcy wysiadł wysoki, średniej postury facet o czarnych prostych włosach, podszedł do mnie, uścisnął dłoń, po czym poprosił abym wsiadł do auta ... ja uczyniłem o co poprosił.
Będąc już w środku, odwróciłem się na chwilkę za siebie i spoglądając w oddali przez tylną szybę, obserwowałem co robi tych dwóch gości na zewnątrz.
Do dzisiaj pamiętam, jak ''Pośrednik'', podawał do rąk pewną kwotę pieniędzy kierowcy Jurkowi, który w szybkim tempie schował je do kieszeni swoich spodni, po czym zbyt długo się nie zastanawiając podali sobie dłonie, coś tam do siebie powiedzieli i już po chwili kierowca Jurek, znalazł się za kierownicą swojego czerwonego auta.
''No to ruszamy w trasę'', skierował kilka skromnych słów do mnie, ''Jeszcze po drodze jak będziemy w kraju, podjedziemy w pewne miejsce, skąd odbiorę pewną Kobietę którą też zawiozę do Niemiec, ale do innej miejscowości, bo ona od lat już jeździ tam na zbiory'', zagaił kolejne zdanie w moim kierunku, i już po chwili ruszyliśmy w drogę.
Czas mijał mi bardzo powoli, cały czas jechaliśmy i jechaliśmy, droga wydawałoby się nie miała końca - po kilku godzinach dojechaliśmy do jednego z Polskich miast ''Teraz już nie pamiętam nazwy miasta'', skąd na jednym z osiedli z przed małego bloku, zabraliśmy ze sobą wcześniej wspomnianą przez kierowce Jurka, Kobietę.
Nie rozmawialiśmy zbyt dużo, w zasadzie to kierowca Jurek więcej rozmawiał z ową Kobietą niż ze mną, a ja nie mogąc odnaleźć się w ich temacie, od czasu do czasu wtrącałem jakieś swoje zdanie, a przez większą ilość czasu po prostu podziwiałem widoki za oknem w samochodzie.
Jakąś godzinę, dwie przed minięciem granicy, kierowca Jurek podjechał jeszcze po pewnego chłopaka który również jechał na zbiory w to samo miejsce co Kobieta która siedziała z przodu samochodu, obok kierowcy - kolejnych kilka kilometrów dalej Jurek postanowił że, skoro jesteśmy już tak blisko granicy, to on, zrobi postój i tym samym przerwę na papierosa.
Podjechał więc na pobliski zajazd, wysiadł i pośpiesznie odpalił tytoniowego truciciela, ''Kolego, a gdzie Ty właściwie jedziesz?'', spytał mnie chłopak który siedział tuż obok mnie, ''Tylko mi nie mów, że jedziesz do Wiegganta'', ''Tak, jadę właśnie do niego'' odpowiedziałem swojemu nowemu aczkolwiek chwilowemu koledze ... ''Słuuucham, do Wiegganta?, mam dla Ciebie dobrą radę, jak on tu za chwile przyjdzie, to powiedz mu, że chcesz wracać z powrotem do domu, słyszysz co do Ciebie mówię?'', i tu niestety nasza rozmowa dobiegła końca, gdyż kierowca właśnie wrócił ze swojej przerwy, którą postanowił że sobie zrobi.
Przyznam że bardzo mnie zastanowiło, a zarazem zmartwiło to co właśnie usłyszałem, lecz ja młody wówczas dwudziestojednoletni młody chłopak, jakoś nie miałem odwagi zacząć tematu z kierowcą, a zarazem troszkę obawiałem się pytań z jego strony dotyczących tego, dlaczego gdy przez tyle drogi jechaliśmy nie miałem żadnych wątpliwości związanych z tym wyjazdem, natomiast teraz gdy on na chwile wyszedł z pojazdu, a ja zostałem z tymi ludźmi sam na sam, nagle mam jakieś pytania oraz obiekcje.
I tak, nic nie mówiąc jak również nie zgłaszając swoich negatywnych postulatów/uwag, zbliżałem się coraz to bardziej do swojego celu ... nie pytajcie proszę w jakim mieście to wszystko się zaczęło, gdyż ja wypowiadałem i wypowiadam tą nazwę zawsze po swojemu, a gdy wpisuje ją w Google Maps, to żadnego wyniku mi nie ukazuje, ok napiszę po swojemu ''Witersztaffen'', wiem że to i tak źle, no ale próbowałem.
W końcu dojechaliśmy na miejsce, parkując auto w pobliżu karuzel oraz małych sklepików które były częścią wystroju wesołego miasteczka, ''Poczekaj chwilkę w samochodzie, ja tylko coś załatwię'', zapowiedział do mnie kierowca Jurek i już po chwili wysiadł z pojazdu, kierując się w stronę trzech osób które również szły w naszym kierunku, podał dłoń starszemu facetowi w wieku około 45-50 lat, któremu towarzyszyła Kobieta w przybliżonym mu wieku, ''To była jego żona'', a trzecią osobą jak się za chwile okazało był chłopak około 25 lat, potężnej postury, którego jak się za chwile okazało przyjechałem podmienić, gdybyście widzieli, jak ten King Kong szedł w kierunku tego auta - dosłownie jak wystraszony niewolnik, przypominał mi wówczas tego aktora z filmu ''Zielona mila'' ... ''Wsiadaj do samochodu, już, już tylko żadnych rozmów, a Ty wysiądź'', te oto słowa skierował do mnie kierowca Jurek, któremu jak widać bardzo zależało na tym, abym nie zamienił z chłopakiem nawet słowa.
Wysiadłem więc posłusznie z pojazdu, i już po chwili zostałem przejęty w ręce jak się okazało, nowoczesnego Niemieckiego Gestapo na miarę dwudziestego wieku.
Niemiec skierował ręką miejsce do którego mam się udać, po czym zamienił jeszcze kilka zdań z kierowcą Jurkiem - po chwili znalazłem się w środku malutkiego domku kempingowego, w którym był telewizor, mała lodóweczka, zerdzewiała antena satelitarna oraz prycza.
Była to już późna nocna godzina, gdzieś około pierwszej w nocy ... po chwili otworzyły się gwałtownie drzwi kempingu z którego wnętrzem właśnie się zapoznawałem - Niemiec wszedł do środka, stanął przede mną i coś wymruczał, dając mi do zrozumienia że mam mu pokazać swój Paszport, spojrzałem mu w oczy, jego ogromne druciane okulary oraz spojrzenie które się z za nich wydobywało, dało mi do zrozumienia że to jest wręcz generalski rozkaz, który ja posłuszny żołnierz czy też nawet niewolnik wojenny mam natychmiast wykonać.
Wyjąłem więc swój Paszport z kieszonki torby podróżnej, i myśląc że owy chce tylko sprawdzić czy ma ważność oraz przybitą pieczęć przekroczenia granicy, podałem mu do rąk - ten, nic nie mówiąc schował Paszport do kieszeni spodni i opuścił pomieszczenie.
Przyznam że w tej jednej chwili zdębiałem, gdyż dziwnie się poczułem zdając sobie sprawę z tego, że ktoś obcy mojej osobie, zabrał mój dokument - no ale cóż, pomyślałem, że mam przy sobie jeszcze kilkadziesiąt marek, a więc uknułem sprytny plan, aby przy najbliższej okazji wyrwać się któregoś popołudnia do miasta, celem odnalezienia kiosku w którym kupię kartę telefoniczną i zadzwonię do kierowcy Jurka, informując go o tym dziwnym wydarzeniu.
Nadeszła wczesna godzina poranna, już o godzinie czwartej musiałem być na nogach, ubrany, umyty i gotowy do wyjścia - już po chwili usłyszałem wołanie starszego Niemca który był właścicielem tegoż skromnego dobytku.
Wyszedłem na zewnątrz, a tam ujrzałem całą rodzinę, czyli mojego Niemieckiego pracodawce jego żonę, syna i jeszcze kilku jego znajomych ... stali i spoglądali na mnie, jakby chcieli upewnić się czy nadaje się wręcz na świński ubój - już po chwili usłyszałem wręcz rozkaz, na samym początku nakazali mi, narzucić sobie na plecy kilku dziesięciokilogramowy worek mąki na barki, i pod osłoną głośnych krzyków, nakazali mi biegać wokół poustawianych na wzdłuż plastikowych pachołków ... ''Ein, zwei, drei, vier, eins, zwei, drei, vier und her, eins, zwei, drei, vier und schnell, schnell !!'', wykrzykiwał z podnieceniem starszy Niemiec, a obok stojący przy nim ludzie, śmiali się szyderczo z moich desperackich prób wykonywania zadania.
To trwało dłuższą chwile, po czym nakazano mi przynieść 2 wiadra wody, do którego dostałem jakiś stary ręcznik, kilka gąbek, jakiś płyn i w jednej chwili, otrzymałem kolejny rozkaz którego zadaniem było umycie całego domku kempingowego właściciela.
Po wykonaniu zadania, Wieggant ''Tak miał na imię, mój Niemiecki pracodawca, piszę tak jak się wymawiało, natomiast niestety nie wiem jak się piszę to imię czy też nazwisko'', chwycił mnie za przedramię i zaprowadził do jednego z pomieszczeń obok, gdzie z wielką energią zaczął produkcje ciasta na drożdżówki, rogaliki i temu podobne.
Mieszał w wielkiej stalowej misce, swoimi grubymi silnymi dłońmi, dosłownie tak jakby chciał zmiażdżyć owy pojemnik w drobny mak ... '' Bring mir aus dem Zimmer nebenan, zwei Säcke Mehl '', tu nakazał mi przynieść z pomieszczenia obok jeszcze 2 worki mąki, przyznam że naprawdę sporo ważyły i były wręcz ogromne, zadanie musiałem wykonać bardzo szybko, gdyż jak tylko nie zrobiłeś czegoś tak, jak życzył sobie owy Niemiec, to w trybie natychmiastowym kończyło się krzykami i marudzeniem pod nosem, '' Stupid verdammt Polack ''.
''Ty bezczelny ..uju'', wykrzyczałem w myślach, po czym przyglądałem się jego poczynaniom z ciężkim oddechem.
Pierwszy dzień minął mi bardzo bardzo powoli - wykonałem w jego trakcie sporo zadań, między innymi jak się okazało, w tym dniu wesołe miasteczko przemieszczało się w inne miejsce, a więc również moim zadaniem było pomóc w rozebraniu stoiska należącego do rodziny u której przyszło mi pracować, a po dotarciu do nowego celu, pomóc w rozłożeniu tegoż stoiska.
Wszystko musiało być wykonane w sposób szybki i precyzyjny, gdyż już kolejnego dnia, zamierzali otworzyć dla ludzi wesołe miasteczko ... przyznam że tego dnia byłem wykończony i o godzinie drugiej w nocy, mogłem sobie dopiero pozwolić na to, aby się umyć, nad miską z chłodną wodą i położyć się spać - ale nie było mi dane pospać zbyt długo, gdyż już o godzinie czwartej musiałem być na nogach ... z rana do moich zadań należało zawsze, otwarcie stoiska, przetarcie blatów, wysprzątanie w dużym pojeździe kempingowym z którego odbywała się sprzedaż produktów spożywczych, obliczenie pieniędzy w kasie oraz przygotowanie w pomieszczeniu obok, wszystkiego co niezbędne do produkcji, bułek, drożdżówek z ananasami, truskawkami i temu podobne.
Miałem na to określony czas, i nie było tu mowy aby mieć jakiekolwiek opóźnienie choćby 5 minut - gdyż jak tylko Niemiecki pracodawca stanął u drzwi, wszystko musiało być na cacy, i gotowe do tego aby owy mógł zacząć produkcję ... a spróbowalibyście tylko czegoś nie zrobić, tak jak i mnie się przytrafiło, to tak mocno potrafił ścisnąć Ci mięśnie pomiędzy barkami a szyją, że wnet byście zemdleli.
Mijały kolejne dni, musiałem przede wszystkim nauczyć się szybkości, zwinności oraz wytrzymałości na stres jakim mnie otaczano ... w między czasie gdy za dnia odbywała się produkcja jak i sprzedaż już gotowych produktów, ja za plecami szefowej, wałkowałem na blacie ciasto, które donosił mi szef, dzieliłem na porcje, a z nich wytwarzałem rogaliki, bułeczki, małe chlebki i wiele innych produktów które to rodzina miała w swojej ofercie.
Produkty sprzedawały się najszybciej w godzinach popołudniowych, gdy panował naprawdę gęsty ruch - przez co musiałem bardzo, ale to bardzo zagęszczać swoje ruchy, ''Raz, dwa, zwinąć raz w lewo, za chwile na prawo, ciach na ciasto 2 plasterki ananasa i dawaj od nowa raz, dwa i ciach'', i tak wciąż, po czym gdy miałem blat wypełniony po brzegi, różnego rodzaju bułeczkami, drożdżówkami itp ... wyjmowałem z gorącego jak piekło pieca blachy, wykładałem na blat gotowe już pieczywo, i w szybkim tempie układałem kolejne celem jak najszybszego umieszczenia ich w piecu.
Wszystko było w porządku do pewnego momentu, kiedy to syn Niemieckiego pracodawcy coś wyszeptał do ucha swojemu ojcu, po czym ten podszedł do mnie i stojąc obok, obserwował moje zwinne już poczynania przy wytwarzaniu surowego produktu.
Gdy zrobiłem już odpowiednią porcje i chciałem chwycić do rąk rękawiczki, aby móc nałożyć je na dłonie i wyjąć z pieca upieczone już pieczywo, ten krzyknął w moim kierunku, ''Nein, keine Handschuhe, gehen in den Ofen und entfernen Sie die Blätter !!'', wiecie co miał na myśli?, po prostu, nakazał mi zostawić rękawiczki na stole, podejść do pieca i wyjąć gołymi dłońmi blachy, a gdy próbowałem się cofnąć po rękawice ... ten chwytał mnie za ręce i przyciągał do pieca - cóż miałem zrobić, gdy wydzierał tą swoją gębę?, otworzyłem piec i wyjąłem blachę z pieca, a ból który przy tym czułem, był tak ogromny że miałem ochotę ''Narobić w spodnie'', dosłownie szybkim ruchem wyjąłem ją z pieca, i oparłem na blacie, po czym szybkimi ruchami układałem pieczywo na wystawę.
W jednej chwili opuszki u palców dłoni, zrobiły mi się czerwone niczym buraki ... a gdzie tu do końca, przecież jak się okazało, pracowaliśmy zawsze do godziny drugiej w nocy.
Kres mojej wytrzymałości nastał 4-5 dni później, gdy zostałem oskarżony przez Pana Wiegganta o stłuczenie dzbanka, który stłukł z resztą jego syn, po czym ten, poszedł do swojego ojca i powiedział że to ja go stłukłem, a także gdy syn Pana Wiegganta spuścił na mnie specjalnie drabinę ... po prostu puścił ją i pchnął w moim kierunku gdy ja odwróciłem się do niego plecami i ruszyłem w stronę pomieszczenia w którym Wieggant rozrabiał ciasto, które służyło jak już wiecie do produkcji pieczywa.
Miałem wówczas ogromną ochotę, podejść do tego cwaniaczka i stłuc mu gębę na kwaśne jabłko - lecz powstrzymywał mnie fakt, iż byłem tam kompletnie sam, bez choćby kolegi czy też jakiegoś znajomego ... tak mijały kolejne dni, moje dłonie były pokaleczone, chodziłem na w pół umyty, gdyż nawet nie miałem gdzie się umyć, a mały zlew który miałem w swoim domku kempingowym oraz miska którą dysponowałem, nie pozwalała mi na to, aby dokładnie się umyć.
Po kilku dniach pracy tam, dochodziło do takich przypadków, jak między innymi to, że gdy nocą kończyliśmy już sprzedaż, a pozostawało jeszcze troszkę pieczywa, Ci kazali mi stać obok i spoglądać na to, jak wszystko wyrzucają nie dając mi nawet drobinki drożdżówki, a więc zacząłem odczuwać również i głód ... który zaspakajałem podjadając w tajemnicy drożdżówki, które chowałem sobie po kieszeniach, a gdy szedłem do WC załatwić swoje sprawy, wskakiwałem na chwilkę do swojego domku kempingowego chowając w lodówce jedną, czy dwie drożdżówki, ''Na szczęście Niemiec tego nie dostrzegł, mimo iż czasami odnosiłem wrażenie, że gdy ja pracuje za ladą i w ogóle - Ci przeglądali moje rzeczy w kempingu w którym spałem''.
Gdy kolejny raz zmieniliśmy miasto, rozłożyliśmy stoiska i zaczęliśmy produkcje jak i sprzedaż pieczywa, za którymś razem korzystając z nieobecności jego żony jak i syna, podszedłem do Wiegganta i poprosiłem aby pozwolił mi pójść do WC, ten wskazał mi gdzie owa się znajduje, po czym w szybkim tempie, bardzo tak w ogóle ryzykując, puściłem się w miasto aby im prędzej kupić kartę telefoniczną ... na szczęście, poszło mi to na tyle szybko, iż ten nie zorientował się nawet że tak naprawdę to nie byłem w żadnym WC.
Kartę za którą zapłaciłem wówczas 15-20 marek, ukryłem w kieszeni spodni, po czym im prędzej powróciłem do miejsca pracy ... nadeszła noc, a zarazem koniec kolejnego dnia mojej pracy, ''W sumie nie spałem zbyt długo, gdyż praca zaczynała się zawsze o czwartej rano i trwała do pierwszej, drugiej w nocy następnego dnia''.
Poszedłem do swojego malutkiego prawie jak buda psa kempingu, podmyłem się i zaraz położyłem spać - te nie całe trzy godziny snu, minęły mi w mgnieniu moich zaspanych i zmęczonych oczu, stałem im prędzej, umyłem zęby, buzię i po chwili byłem gotowy do dalszej pracy.
Tego dnia pracowałem do godziny piętnastej, po czym ku mojemu zdziwieniu Wieggant, podszedł do mnie i powiedział że na dzisiaj mam już koniec - to była pierwsza przyjemna rzecz którą od niego usłyszałem, po dwunastu dniach ciągłej pracy.
Nie zastanawiając się zbyt długo, pobiegłem do swojej budy kempingowej, wziąłem ukrytą pod lodówką kartę telefoniczną i zapuściłem się do miasta - szedłem tak przed siebie, wciąż poszukując jakiejkolwiek budki telefonicznej, której jak na złość nigdzie nie mogłem dostrzec ... w końcu po długich poszukiwaniach znalazłem, na rogu kolejnej ulicy stojącą budkę telefoniczną, ruszyłem szybkim krokiem w jej kierunku, wpadłem do środka i natychmiast wsunąłem kartę do aparatu wybierając numer kierunkowy oraz numer telefonu domowego.
Odebrała moja mama, w nerwach w głosie spytała mnie, dlaczego tak długo się nie odzywałem, powiedziałem zdenerwowanej mamie że nie miałem możliwości skontaktowania się z nimi, po czym opisałem całą sytuację od samego przyjazdu, aż do chwili w której udało mi się wyrwać w miasto.
Zdenerwowana mama, natychmiast wezwała ojca ... opowiedziała mu w skrócie co się dzieje, i im prędzej nakazała zadzwonić za równo do Pana Mariana, kierowcy Jurka aby ten natychmiast wracał do Niemiec, aby mnie stamtąd zabrać.
Powiedziałem w jakim mieście obecnie się znajduje i jak długo tu jeszcze zostaniemy, po czym zaczęły kończyć mi się impulsy w karcie, dlatego też zakończyłem rozmowę, i udałem się nad wodę, aby troszkę się odprężyć - stojąc tak nad brzegiem pobliskiej plaży i rozmyślając o tym wszystkim, co przez ostatnie dni mnie spotkało.
Wieczór nadszedł bardzo szybko, po powrocie do mojego chwilowego domku, przygotowałem się do snu, ułożyłem się na pryczy, gdy po chwili ktoś zaczął pukać w okna kempingu w którym podejmowałem desperackie próby uśnięcia, ''Ty się spakuj chłopaku, powiedz temu staremu ..ujowi aby Ci oddał Paszport, i wracaj do kraju bo Cie tu wykończą!!'', wykrzyczał pod osłoną nocy jakiś męski głos.
Tym razem, zdałem sobie kolejny raz sprawę z tego, że to już nie są żarty ... a więc obiecałem sobie że gdy rano wstanę, od razu zapowiem Wieggantowi że chce wracać do Polski - lecz nawet nie musiałem tego czynić, gdyż jak się okazało, zaraz po przebudzeniu się rano i wstawieniu w miejscu mojej pracy, Wieggant poinformował mnie że dzisiaj po południu przyjedzie po mnie Jurek, aby zabrać mnie do domu.
Gdy tylko dotarły do mnie te słowa, w duszy poczułem ulgę, która głośnym wewnętrznym głosem wykrzyczała ''Hurraa w końcu uwolnię się z tego obozu pracy!!'', w tym dniu nie robiłem już nic szczególnego, jedyne co, to tylko obmyłem kolejny raz cały domek kempingowy jego właścicieli, oraz kemping ich syna ... po tym, po raz pierwszy od trzynastu dni, przynieśli mi w talerzu zupę którą zjadłem niestety ze smakiem, a dlaczego niestety - a no dlatego ponieważ, gdy owa właścicielka przyszła do mojego kempingu spytać czy mi smakował obiad i czy chce jeszcze dokładki, ja przytaknąłem po czym, wzięła ze sobą talerz, i poszła do kuchni u siebie - ja natomiast wyszedłem na chwilkę na zewnątrz aby zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy okazało się że z miejsca w którym stoję, widać dokładnie ich kuchnie.
Stałem z brzegu, obserwując poczynania właścicieli którzy krzątali się po pięknie urządzonej kuchni, gdy nagle po nałożeniu mi zupy do talerza, ta podeszła do swojego męża i syna, którzy napluli mi do zupy, a syn był tak wspaniałomyślny że mi do niej na smarkał!!
Ależ ja się wku...łem!!, zaraz jak mi przyniosła ten talerz do kempingu w którym już na nią czekałem, podziękowałem grzecznie za obiad który kolejny raz mi przyniosła, po czym gdy tylko upewniłem się że poszła do siebie, wylałem zupę na zewnątrz - wszedłem ponownie do kempingu, ze wściekłości porozrywałem im cały materac od spodu, aby czasami nic nie zauważyli, naderwałem kable w lodówce, ułamałem wtyczkę od anteny satelitarnej i wysmarowałem pod wykładziną całą podłogę margaryną, po czym wszystko zakryłem tak jakby wszystko było w jak najlepszym porządku.
Nie myślcie sobie o mnie źle, to było podziękowanie za to wszystko, co mnie tam spotkało ... gdy tylko przyjechał kierowca Jurek, ten nakazał mi pójść do samochodu, i poczekać za nim, gdy po kilkunastu minutach owy przyszedł, wsiadł do pojazdu, przekazał mi 110 marek, które najwidoczniej były moim wynagrodzeniem za ciężką pracę oraz psie traktowanie mnie przez ponad 13 dni, gdzie pracowałem od czwartej rano do pierwszej, drugiej w nocy, ''Swoją drogą, jaką ja mam pewność, czy czasami Niemiec nie dał mu więcej pieniędzy, a Jurek po prostu uszczknął sobie z tego jakąś część?''.
Wróciłem do domu, kilka kilogramów lżejszy, wymęczony z poparzonymi dłońmi oraz opuszkami palców, z poszczypanymi przedramionami które wyglądały tak, jakby armia pszczół ruszyła do ataku na moje ciało, a po których Wieggant lubił mnie mocno szczypać - przywiozłem ze sobą również, negatywne oraz złe wspomnienia.
Rodzice mieli ochotę rozszarpać tego który załatwił mi tą pracę, Pan Marian pokłócił się ze swoim kolegą ... kierowca został czysty - a ten który mi tą pracę załatwił, jak się okazało, 4 lata później, został oskarżony za nielegalne sprowadzanie Polaków do ciężkiej pracy w Niemczech, oraz za wyłudzenie ponad 30 tysięcy złotych.
Nie pamiętam już na ile lat został skazany, ale mam nadzieję iż czas który spędził w więzieniu, pozwolił mu zastanowić się nad tym, co przez te wszystkie lata czynił innym - robiąc im w dodatku, nadzieję na lepsze jutro, oraz tak samo nadzieję, na zarobienie jakichś godnych pieniędzy.

Pozdrawiam wszystkich i do następnego ... hej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz